NIEBO W OCZACH

Byłam w ramionach Najdroższego mojego. Umiłowany pochylal się nade mną z Miłością i patrzył mi w oczy głęboko. Patrzyłam w Najdroższego z miłością i uwielbieniem, w Jego oczy patrzyłam. Patrzyłam… i w pewnej chwili przypomnialam sobie, On mi przypomniał mojego dawnego proboszcza, nieżyjącego już Księdza Andrzeja. Ślązak z pochodzenia. Twardy człowiek. Dla wielu parafian wydawal się niedostępny, ostry i surowy. Napominal wiernych, żeby nie spożywali Ciała Chrystusowego bez czci, nabożeństwa „jak kiełbasę!” – mówil dobitnie. Wydawał się być bardzo surowy. Dla mnie był łagodny i ciepły. Lubil mnie. I ja go lubiłam. Między nim a mną były jakieś niewidzialne więzy… Był moją brania duszą. Nie rozmawialiśmy ze sobą często, ale nie trzeba ze sobą wiele rozmawiać by dostrzec, że ktoś jest blisko Boga. A on był. To Ks Andrzej pierwszy mnie zaprosił, żebym „ofiarowala swoje cierpienie Panu Jezusowi, bo bardzo ON tego pragnie i bardzo Mu pomozesz”. Nie bardzo to wtedy rozumialam, ale zaczęłam ofiarowywac. Raz, pamiętam, byłam na Mszy z rodzicami w kościele parafialnym w sąsiedniej miejscowości (nasz kościół był wtedy filią). I Ksiądz Andrzej zacząl coś tłumaczyć wiernym (nie pamiętam już co, to było ponad dwadzieścia lat temu) i w pewnej chwili spojrzał na mnie, spojrzał mi w oczy i powiedział z ambony na cały kościół: „Prawda, panno Moniko?” Patrzyłam na Księdza zaskoczona bardzo i speszona… Wyglądalo to tak jakby czekal na moje potwierdzenie. Kiwnęłam głową, że tak… Speszoma. Jakiś czas później Ks Andrzej bardzo ciężko zachorowal. Kilka miesięcy leżał w szpitalu nie było go w parafii. Potem wrócił, choroba jednak nadal postępowala, wychudł bardzo. Dzielnie ją znosił, z godnością. Widać było, że cierpi bardzo, ale nie skarżył się. Raz z mamą pojechalysmy do kościoła na koncert. Ksiądz proboszcz akurat stał w drzwiach kościoła i rozmawial z jakimś panem. Kiedy mnie zobaczyl bardzo, bardzo się ucieszył. Rozpromienil się ogromnie, a mi przemknelo przez myśl że w oczach Ks Andrzeja odbija się Niebo. „Monlczka! Moja ulubienica! Szczęść Boże!!!” – zawołał i uściskal mme serdecznie. „Szczęść Boże!!!” – odpowiedzialam i uśmiechnęłam się do Księdza Andrzeja najpiękniej jak potrafilam. Było to nasze ostatnie spotkanie. Niedługo potem Ksiądz Proboszcz zmarł.
Patrzyłam w Najdroższego z uśmiechem.
„On jest już u Ciebie Najdroższy, prawda?”
Umiłowany nie odpowiedzial, tylko uśmiechnął się do mnie cudnie, promiennie bardzo.
„Pozdrów go ode mnie, Najdroższy mój, proszę.”
„Sama go pozdrowisz, Maleńka Moja!”
„Pozdrowie. Ale Ty, Maleńki teraz go pozdrów! I powiedz, że pamiętam o nim w modlitwie!”.
Umiłowany uśmiechnął się znów do mnie rozpromieniony. A ja pomyślałam że skoro ks Andrzej jest u Niego to nie muszę się modlić za jego duszę, tylko on modli się za mnie.
” Ale dlaczego o nim, o ks Andrzeju mi teraz przypomniales, Najdroższy mój? Bo zrobiłeś to po coś, prawda?”
Najdroższy uśmiechnął się znowu i patrzył mi głęboko w oczy.
„Kim ksiądz Andrzej był dla Ciebie, Maleńka Moja?”
„Kim był…? Autorytetem, ojcem… Piękne i bardzo mądre kazania głosił. Krótkie, ale treściwe i głębokie. Zapadaly w pamięć. Tak sobie myślę że jego, życie było jednym wielkim, pięknym kazaniem…” – zamyślilam się…
Z zadumy wyrwały mnie słowa Najdroższego:
” Ty też, podobnie jak on, Maleńka Moja głosidz swym życiem kazanie. Głosidz je postawą, tańcem. A gdy się uśmiechasz, w Twoich oczach także odbija się Niebo!”
Patrzyłam w Najdroższego… Cała w uśmiechu… Najdroższy mój promienial cały Miłością. Tańczylismy bardzo w Miłości i uśmiechu. Najdroższy mój i ja.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: